
Kolejny bestiariusz od wydawnictwa BOSZ tym razem skupia się na menażerii z japońskim rodowodem. „Bestiariusz japoński. Yōkai” Witolda Vargasa to porównanie fantazji mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni z... naszą... Słowiańską.
Założenie o tyle ciekawe, że Słowianie to lud, którego kwestia pochodzenia do dzisiaj nie jest rozstrzygnięta. W Europie odnajdujemy się dopiero w VI wieku, zaś wcześniej nie ma na nasz temat choćby wzmianki. Niektórzy historycy sugerują, że Słowianie przywędrowali właśnie z Azji. Najnowsza książka wydawnictwa BOSZ mogłaby tę tezę potwierdzać.
Witold Vargas opisuje kilkadziesiąt istot zamieszkujących Kraj Kwitnącej Wiśni, niemal zawsze odnajdując punkty wspólne z istotami panoszącymi się po kraju dawnych Słowian. Weźmy demona o nazwie Akashita, strażnika kanałów nawadniających pola ryżowe i… sprawiedliwości. Jeśli ktoś podczas suszy oszukał sąsiadów, zagarniając wodę dla siebie, wnet poczuł gniew demona, który pojawiał się pod postacią czarnej chmury, wystawiał z niej pysk podobny do pyska lwa i pożerał niegodziwca. Autor bestiariusza utożsamił demona z naszym płanetnikiem, bo, jak opisuje, ten również zamieszkiwał chmurę i dbał o nawodnienie upraw… To za mało? Idźmy dalej – Amazake, czyli jędza gorzałkowa, to nikt inny jak morowa dziewica, zapowiedź zarazy, chorób i śmierci. Furaribi, to z kolei odpowiednik naszych błędnych ogników, unoszące się w powietrzu świetliste kule, dusze zmarłych snujące się po świecie żywych…
Ao andon, błękitna latarnia, to zdecydowanie młodsza wersja „naszej” błędnicy. Ao andon straszyła w okresie Edo (XVII–XIX wiek) podczas nocnych spotkań. Polegały one na tym, że grono osób spotykało się w domu jednego z uczestników, zajmowało jedno pomieszczenie, podczas gdy w pokoju sąsiadującym ustawiano niebieski lampion, w którym paliło się sto knotów. Każdy z uczestników, tuż po opowiedzianej strasznej historii, szedł po ciemku do pomieszczenia obok i gasił jeden knot. Wierzono, że jeśli ostatnia świeca zgaśnie, z dymu wyłoni się istota w niebieskiej poświacie przypominająca kobietę, by pożreć uczestników nocnego spotkania. Opis Ao andon przywodzi na myśl błędnicę, istotę otoczoną niebieską poświatą, która snuła się po terenach niezamieszkałych, można było natknąć się na nią na bagnach i leśnych uroczyskach, niemniej efekt takiego spotkania był równie opłakany w skutkach…
Witold Vargas wskazuje również na podobieństwa w nazewnictwie, jak na przykład słowo „baba”, które w obydwu językach jest określeniem na wstrętne, okropne staruchy np. Yanagi-baba, wierzbowa wiedźma, czy Nando-baba, duch starej kobiety, i wreszcie nasza baba-jaga, której nikomu nie trzeba przedstawiać.
Oczywiście, są również istoty i zjawiska, których nie sposób odnaleźć gdziekolwiek indziej, poza granicami Japonii. Do tych należy chociażby Arae – wielka brudna stopa, która pojawia się w salonie jakiegoś nieszczęśnika i każe sobie myć stopę, albo Akaname, smakosz nieczystości w domowych i publicznych łaźniach…
Nie można nie wspomnieć o ilustracjach, które przywodzą na myśl dzieła artystów takich jak Sekien Toriyama, Hokusai Katsushika, czy Utagawa Kuniyoski. Są dziwaczne, niosą w sobie pewien element obcości i… fascynują. Już sama warstwa wizualna książki, to powód, by wziąć ją do ręki i poświęcić jej trochę czasu.
„Bestiariusz japoński. Yōkai” to książka, z którą warto się zapoznać. Witoldowi Vargasowi udało się to, co swego czasu udało się Blance Yonekawie przy antologii „Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej” – uchwycić obcość i odnaleźć punkty wspólne.